1
paź
Tagi: Kalkuta, literatura hiszpańska, literatura młodzieżowa, młodość, Pałac Północy, płonący pociąg, thriller, Zafón
Kategoria: książki
Kalkuta, 1932 rok. Ben, wychowanej sierocińca St. Patrick’s, skończył już 16 lat, więc podobnie jak jego przyjaciele będzie musiał opuścić dom dziecka i rozpocząć dorosłe życie. Tuż przed wyjazdem poznaje Sheere, swoją rówieśniczkę, i zabiera ją do Pałacu Północy na ostatnie spotkanie tajnego stowarzyszenia, które założył wraz z przyjaciółmi.
Gdy dziewczyna opowiada im tragiczną historię swojej rodziny, członkowie stowarzyszenia postanawiają jej pomóc w odnalezieniu legendarnego domu, który pojawia się w jej opowieści. Nie wiedzą, że właśnie natrafili na trop jednej z najpotworniejszych tajemnic Kalkuty. Płonący pociąg, dworzec widmo, ognista zjawa – to tylko niektóre elementy makabrycznej łamigłówki.
Coś, co miało być niecodzienną przygodą, niebawem okazuje się śmiertelnie niebezpiecznym wyzwaniem.
Carlos Ruiz Zafón dawno nie napisał nic nowego. Możemy za to cieszyć się wydawanymi w pewnych odstępach czasu powieściami, które napisał kilkanaście lat temu, wreszcie przetłumaczonymi na język polski. Jedną z nich, obok Mariny i Księcia mgły, jest Pałac Północy.
W książkach Zafóna jest coś, czego pożądam i poszukuje w swoim umiłowaniu do czytania. On sam w przedmowie do Pałacu Północy pisze, że przyświecał mu cel napisania książki, po którą z entuzjazmem sięgnie zarówno dziecko, nastolatek, młody dwudziestoparoletni człowiek, jak i osiemdziesięcioletni starzec. Sądzę, że udało mu się go zrealizować.
Jego powieści, które pierwotnie w Hiszpanii wydano w kategorii literatury młodzieżowej, to mroczne, okraszone mrożącą krew w żyłach tajemnicą, spektakularną tragedią, która wsącza zło w ludzkie dusze, nie pozwalając im zaznać spokoju. Jest w tym trochę schematyczności – być może, ale nie wiedzieć czemu, zupełnie mi to nie przeszkadza.
I oto mamy młodego, zdolnego człowieka, który jest o krok od osiągnięcia czegoś wielkiego, spełnienia życiowego marzenia, czynu, który na lata zapisze się na kartach historii, dzięki któremu ludzkie przez długie lata będą wspominać jego nazwisko. I wtedy wkracza zło, zło wcielone, czyste, nieskalane dobrem, aby to wszystko obrócić w proch.
I mamy też dzieciaki, cwane, sprytne, inteligentne, które muszą się z tym złem zmierzyć, odkryć tajemnicę zrujnowanego starego dworca, płonącego pociągu, z którego dobiega rozpaczliwy krzyk dziesiątek dzieci, uwięzionych w rozgrzanym płomieniami żelastwie.
Powieści Zafóna to nie cukierkowe bajki na dobranoc. Czyta się je z zapartym tchem, i choć przeczuwa się, że dobrze się skończy – to w końcu historie o wyższości dobra nad złem, o odwadze i przyjaźni – cały czas ma się na karku ten specyficzny dreszcz niepokoju, gdy w pobliżu czai się tajemnicze, groźne zło. Lekkie pióro, klarowność opisów – jakbym sama przemierzała ulice Kalkuty, choć nie wiem nawet, czy sam autor kiedykolwiek tam był i czy opisy choć w małej części oddają rzeczywistość?
5/6
Czytając Pałac Północy czułam się, jakbym znów miała kilkanaście lat. Emocje bohaterów, wilgotny i zimny strach, adrenalina – wszystko mi się udzielało. Sugestywność obrazów, jakie wywołał w mojej wyobraźni była na tyle duża, że choć minęło kilka długich miesięcy odkąd sięgnęłam po tę książkę, one dalej tkwią głęboko w mojej głowie. Podobnie jak obrazy z Mariny i Księcia mgły, o którym jeszcze tutaj nie pisałam.
Po tym można chyba, między innymi, poznać jak dobra była opowieść – jeśli po takim czasie dalej tkwi w Twojej głowie, to niezawodny znak, że ten, kto ja opowiedział spełnił swoje zadanie należycie. Panie Zafón, jeszcze, jeszcze, jeszcze! Bo w Pana książkach tkwi cała tajemnica mojej miłości do czytania, gdy fantazja miesza się z rzeczywistością tak, że nie sposób odróżnić jednej od drugiej…
18
wrz
Tagi: hebrajskie zagadki, komisarz Popielski, kryminał, Liczby Charona, literatura polska, Lwów, Marek Krajewski, morderstwo
Kategoria: książki
Maj 1929 roku. Lwów. Komisarz Edward Popielski wyleciał z policji za niesubordynację. Wreszcie ma czas na rozwiązywanie zagadek matematycznych i… na miłość. Namówiony przez piękną Renatę podejmuje się ryzykownego zlecenia i szybko wpada w kłopoty. A we Lwowie znów wrze. Brutalne morderstwa wstrząsają miastem. I tylko policja wie, co kryje w sobie tajemniczy list mordercy.
Tegoroczne wakacje upłynęły mi nie tylko pod znakiem Harry’ego Pottera, ale także u boku Marka Krajewskiego, który wydał dwie kolejne książki nakładem wydawnictwa Znak – premierowe Liczby Charona oraz Koniec świata w Breslau, kolejną część opowiadającą o losach Eberharda Mocka. Rok temu postanowiłam, że nie będę czytać tej serii wydanej w W.A.B., aby moja półkę zdobiły udane okładki ze Znaku i tego się trzymam, choć nie ukrywam, że naczekałam się – to było warto.
Krajewski znów przenosi nad do przedwojennego Lwowa, gdzie śledzimy losy komisarza Popielskiego, jednak jako autor pozwala sobie nieco skakać w czasie i nie mamy do czynienia z kontynuacją opowieści z Erynii, a znajdujemy się dziesięć lat wcześniej, gdy ten, wyrzucony z policji ima się przeróżnych zajęć, aby zarobić na utrzymanie swoje, córki oraz kuzynki, z którą mieszka, odnosząc niepowodzenie za niepowodzeniem.
W Liczbach Charona obserwujemy poczynania mężczyzny zawiedzionego przez życie – samotnego, wyrzuconego z pracy, chorego na epilepsję pana w średnim wieku, ojca dorastającej powoli dziewczynki, którego rozbuchane ego każe smalić cholewki do pięknej i młodej Renaty Sperling, dziewczęcia wyemancypowanego z lekka, które igra sobie z uczuciami byłego komisarza, aspirującego do miana prywatnego detektywa.
Tymczasem we Lwowie dochodzi do obrzydliwie brutalnych morderstw, a sprawca pozostawia po sobie jedynie tajemnicze liściki napisane po hebrajsku, które nic nikomu nie mówią. I choć Popielski z głośnym hukiem wywalony z policji, zdaje się być jedyną osobą, która może pomóc rozwikłać tę zagadkę…
I na tym koniec z mojej strony, bo po cóż psuć radość czytania innym?
Liczby Charona są dobrą książką z przewrotną intrygą, zaskakującym rozwiązaniem zagadki hebrajskich listów, napisaną lekko i sprawnie. Krajewskiemu dobrze udaje się oddać klimat epoki, w której umieszcza swoich bohaterów, język jest bogaty i urozmaicony archaizmami, a opisy wywołują właśnie to, co wywołać mają w danym momencie, włącznie z mdłościami.
5/6
Nie mam po drodze z polską literaturą – Krajewski jest jednym z wyjątków, którym pozwalam potwierdzać tę teorię. Posiada talent i przyjemnie się czyta kolejne jego książki, które pięknie potem zdobią moje półki oraz cieszą rodzinę swoją opowieścią. Myślę, że z powodzeniem można stwierdzić, że nazwisko autora jest synonimem dobrego kryminału.







