Festiwal filmowy w Cannes. 24 godziny. Cała plejada postaci z wielkiego świata: producenci filmowi, aktorzy, dyktatorzy mody, supermodelki, a także początkujące gwiazdki filmowe, gwiazdy, których splendor już nieco przygasł i tłum tych, którzy grzeją się w blasku sławy, władzy i bogactwa. Porządek tego „pięknego, wspaniałego” świata burzy nagłe wtargnięcie Igora, rosyjskiego multimilionera, owładniętego obsesją na punkcie swojej byłej żony, która odeszła ze znanym projektantem mody. Igor, zraniony do żywego nie cofnie się przed niczym, by odzyskać miłość ukochanej… „Zwycięzca jest sam” to wierny portret współczesnego świata, w którym blichtr, próżność i obłuda, wyparły prawdziwe wartości, w którym człowiek w pogoni za złudnym szczęściem w świetle jupiterów zatracił poczucie dobra i zła, zagubił siebie. Paulo Coelho przypomina nam, że czasem warto wybrać drogę mniej uczęszczaną.

Zwycięzca jest sam

Zwycięzca jest sam

Nie lubię Paulo Coelho. Po prostu mi nie leży: jego styl pisania, poruszana tematyka, uduchowienie jego książek. Nie zgadzam się z drogą życia, jaką proponuje swoim czytelnikom, powątpiewam w górnolotność ideałów i drażni mnie moralizatorski ton. Pewnie dla wielu Coelho jest mentorem, dla mnie czasem ociera się o grafomaństwo.

Ktoś więc zapyta – po co czytasz Coelho, skoro tak go nie lubisz?
Chyba ze zwykłej ciekawości i po części dlatego, że jakkolwiek mnie drażni, czyta się go dość lekko. Poza tym Coelho prezentuje książki na różnych poziomach, dotyka różnorodnych tematów. Świetnie wspominam Jedenaście minut, całkiem nieźle Czarownicę z Portobello – nie spisuję go na straty, tylko dlatego, że moje poglądy są bardziej przyziemne. Poza tym to dobrze, że są wśród nas idealiści, poszukiwacze teorii spiskowych, wielbiciele dreszczyku, pasjonaci zagadek logicznych i kryminałów czy tacy, którzy duchem żyją w fantastycznych światach lub przeżywają dramaty i miłosne uniesienia – różnorodność dobrze na nas wpływa, a ja nie lubię zamykać się i ograniczać. W rozsądnych ilościach potrzebuję tego wszystkiego, dlatego na Coelho też jest miejsce w mojej biblioteczce.

Do Zwycięzca jest sam zabierałam się już kiedyś, lecz wtedy nie był to czas na Coelho. Świetnie jednak odnalazł się, jako niezobowiązująca lektura na czas przepracowania, wzmożonego stresu, kiedy bez żalu odkłada się książkę, bo trzeba zająć się czymś innym. Inaczej byłoby z jakąś rewelacyjną powieścią, od której nie można się oderwać…

Brazylijski pisarz pokazuje nam tym razem wielki i okrutny świat showbiznesu. Chciałabym myśleć, że Coelho ironizuje, przypuszczam jednak, że niestety jest śmiertelnie poważny. Nie wiem ile jest prawdy w tym przerysowanym świecie, jaki nam zaprezentował, a ile  przesady, która miała być chyba nieco prowokująca i kontrowersyjna. Być może naprawdę jest tak ciężko, być może to życie jest naprawdę tak bezlitosne, jak pokazuje ta książka. Kto wie? Może nawet jeszcze bardziej… A może wcale nie funkcjonuje tak, jak ukazuje to książka?
Z całą pewnością jednak Zwycięzca jest sam ukazuje wiele prawdy o tym, jak ulotna jest sława, choć nie uważam, aby otworzył mi oczy.
Co do samej fabuły – nie zarzucę jej zbyt wiele, poza tym, że nie jest zbyt wartka, nie porywa. Coelho pokazał ludzkie słabości u swoich bohaterów, uwydatnił strach, który determinuje wiele decyzji w naszym życiu. Igor mnie obrzydził, Ewa wzbudziła litość, a Hamid podziw – to wszystko są jednak bardzo powierzchowne emocje, tak jak powierzchowni są bohaterowie książki. Zabrakło mi głębokiego nurtu, który porwałby mnie i sprawił, że szkoda mi przerwać czytanie. Zamiast tego przeciągało się ono w nieskończoność.

3/6

Zwycięzca jest sam to książka średnia i taką też dostaje ocenę. Choć bez wątpienia znajdzie sobie swoich fanów, dla mnie jest tylko kolejną przeczytaną pozycją, która uzupełni mój prywatny księgozbiór, nie wzbudzając większych emocji. Choć nie da się ukryć, że choć czytałam ją już jakiś czas temu, wciąż pamiętam dość dobrze o czym była. To nawet niezłe świadectwo.

Kalkuta, 1932 rok. Ben, wychowanej sierocińca St. Patrick’s, skończył już 16 lat, więc podobnie jak jego przyjaciele będzie musiał opuścić dom dziecka i rozpocząć dorosłe życie. Tuż przed wyjazdem poznaje Sheere, swoją rówieśniczkę, i zabiera ją do Pałacu Północy na ostatnie spotkanie tajnego stowarzyszenia, które założył wraz z przyjaciółmi.
Gdy dziewczyna opowiada im tragiczną historię swojej rodziny, członkowie stowarzyszenia postanawiają jej pomóc w odnalezieniu legendarnego domu, który pojawia się w jej opowieści. Nie wiedzą, że właśnie natrafili na trop jednej z najpotworniejszych tajemnic Kalkuty. Płonący pociąg, dworzec widmo, ognista zjawa – to tylko niektóre elementy makabrycznej łamigłówki.
Coś, co miało być niecodzienną przygodą, niebawem okazuje się śmiertelnie niebezpiecznym wyzwaniem.

 

Pałac Północy

Pałac Północy

Carlos Ruiz Zafón dawno nie napisał nic nowego. Możemy za to cieszyć się wydawanymi w pewnych odstępach czasu powieściami, które napisał kilkanaście lat temu, wreszcie przetłumaczonymi na język polski. Jedną z nich, obok Mariny i Księcia mgły, jest Pałac Północy.

W książkach Zafóna jest coś, czego pożądam i poszukuje w swoim umiłowaniu do czytania. On sam w przedmowie do Pałacu Północy pisze, że przyświecał mu cel napisania książki, po którą z entuzjazmem sięgnie zarówno dziecko, nastolatek, młody dwudziestoparoletni człowiek, jak i osiemdziesięcioletni starzec. Sądzę, że udało mu się go zrealizować.

Jego powieści, które pierwotnie w Hiszpanii wydano w kategorii literatury młodzieżowej, to mroczne, okraszone mrożącą krew w żyłach tajemnicą, spektakularną tragedią, która wsącza zło w ludzkie dusze, nie pozwalając im zaznać spokoju. Jest w tym trochę schematyczności – być może, ale nie wiedzieć czemu, zupełnie mi to nie przeszkadza.
I oto mamy młodego, zdolnego człowieka, który jest o krok od osiągnięcia czegoś wielkiego, spełnienia życiowego marzenia, czynu, który na lata zapisze się na kartach historii, dzięki któremu ludzkie przez długie lata będą wspominać jego nazwisko. I wtedy wkracza zło, zło wcielone, czyste, nieskalane dobrem, aby to wszystko obrócić w proch.

I mamy też dzieciaki, cwane, sprytne, inteligentne, które muszą się z tym złem zmierzyć, odkryć tajemnicę zrujnowanego starego dworca, płonącego pociągu, z którego dobiega rozpaczliwy krzyk dziesiątek dzieci, uwięzionych w rozgrzanym płomieniami żelastwie.

Powieści Zafóna to nie cukierkowe bajki na dobranoc. Czyta się je z zapartym tchem, i choć przeczuwa się, że dobrze się skończy – to w końcu historie o wyższości dobra nad złem, o odwadze i przyjaźni – cały czas ma się na karku ten specyficzny dreszcz niepokoju, gdy w pobliżu czai się tajemnicze, groźne zło. Lekkie pióro, klarowność opisów – jakbym sama przemierzała ulice Kalkuty, choć nie wiem nawet, czy sam autor kiedykolwiek tam był i czy opisy choć w małej części oddają rzeczywistość?

5/6

Czytając Pałac Północy czułam się, jakbym znów miała kilkanaście lat. Emocje bohaterów, wilgotny i zimny strach, adrenalina – wszystko mi się udzielało. Sugestywność obrazów, jakie wywołał w mojej wyobraźni była na tyle duża, że choć minęło kilka długich miesięcy odkąd sięgnęłam po tę książkę, one dalej tkwią głęboko w mojej głowie. Podobnie jak obrazy z Mariny i Księcia mgły, o którym jeszcze tutaj nie pisałam.
Po tym można chyba, między innymi, poznać jak dobra była opowieść – jeśli po takim czasie dalej tkwi w Twojej głowie, to niezawodny znak, że ten, kto ja opowiedział spełnił swoje zadanie należycie. Panie Zafón, jeszcze, jeszcze, jeszcze! Bo w Pana książkach tkwi cała tajemnica mojej miłości do czytania, gdy fantazja miesza się z rzeczywistością tak, że nie sposób odróżnić jednej od drugiej…